W czasie szorowania skrzypiącej podłogi mieszaniną Ajaxu i spirytusu (etylen dobry na wszystko!), miała wiele czasu na przemyślenia. Od tylu miesięcy nie miała ani jednaj okazji, żeby zastanowić się głębiej nad swoją obecną sytuacją i jej przyczynami. A przyczyna była jedna: niezależność dwu Wiedźm. Przez przypadek stała się świadkiem przedziwnej sceny rozegranej w stołecznym Parku Łazienkowskim.
Między drzewami uciekały dwie kobiety w staromodnych sukniach, klnąc jednak dosyć współcześnie i co chwila oglądając się przez ramię. W krótkich, może 10-sekundowych odstępach czasu powietrze przecinały kolorowe nitki światła, niemal niewidoczne, raz lecące w stronę uciekających, raz od nich. Ścigający je ludzie mieli na sobie szare garnitury (w przypadku mężczyzn) lub szare garsonki z szarymi spódnicami (u kobiet w liczbie trzy). Wszyscy zaś w wyciągniętych rękach trzymali gęsie, długie pióra i to one wyzwalały nitki światła goniące dwie kobiety. Nieświadoma powagi sytuacji Mała, wtedy jeszcze zwana Adelą lub też Adą, zaśmiała się w głos zwracając uwagę zarówno pogoni, jak i uciekających. Te stały znacznie bliżej, więc och rozmowę Adela usłyszała wyraźniej.
- Ona nie powinna tego widzieć! – szepnęła przejęta szatynka, chyba młodsza
- A jeśli ona jest jak my? – spytała samą siebie druga, farbowana ruda z lekkimi przebłyskami siwizny – Jeśli nawet, to młoda zapewne… Ej, mała! Chodźże tu!
- A zostaw ją na pożarcie Szarym i spieprzajmy! – szepnęła gorączkowo szatynka, ale Adela już szła w ich stronę odprowadzana przez zaskoczone spojrzenia oniemiałych ludzi w szarościach.
- Kim je…
- Nie czas na pogaduszki! – krzyknęła młodsza i uchyliła się przed brunatną, ledwo widoczną w powietrzu nitką, w zamian śląc soczystą porcję przekleństw
Wszystkie trzy ruszyły z miejsca. Wyczulony na odgłosy miasta słuch Adeli zarejestrował szum nadjeżdżającego autobusu linii 161. Poprowadziła towarzyszki na przystanek i w ostatniej chwili wskoczyły do pojazdu. Nie oglądając się na wściekłych szarych, wtopiły się w tłum, co łatwe nie było, bowiem dwie kobiety miały stroje jak z filmów kostiumowych. Autobus popędził w stronę Kabat.
- Kim je… – pierwsze, najistotniejsze pytanie Adeli przerwał przeciągły pisk blokowanych kasowników
- Bileciki do kontroli! – chóralny głos trójki kanarów miał niezwykle złośliwe zabarwienie wywołane wyraźną paniką na twarzach pasażerów
- Poproszę pani bilecik. – tleniona blondynka, lat około 50 zwróciła się do Adeli. I dziewczyna byłaby jej podała swoją naładowaną Warszawską Kartę Miejską (jak to dobrze, że wczoraj ruszyła tyłek z sofy i poszła do kiosku!), gdyby inny kontroler, jakże niefortunnie, nie zwrócił się z pytaniem do młodszej z nieznajomych.
- Wypchaj się pan!
- Proszę pani, jeśli nie ma pani ważnego biletu, będę zmuszony, żeby wypisać pani mandat. Choć wcale nie sprawi mi to przyjemności. – dorzucił niezdarnie siląc się na galanterię. Tego było kobiecie zbyt wiele. Jej czarne włosy uniosły się lekko naelektryzowane, a oczy rozbłysły. Ludzie z przestrachem przyglądali się, jak wyraz twarzy kanara staje się coraz bardziej zagubiony, nieobecny. Gdy autobus zatrzymał się na przystanku, kobieta wypchnęła go za drzwi i miał szczęście, że pojazd był z gatunku niskopodłogowych. Do pozostałej dwójki krzyknęła:
- Wypier… – ostrzegawcze spojrzenie starszej – …papier mi stąd!
Pasażerowie nagrodzili ją gromkimi oklaskami, a reszta podróży przebiegła spokojnie.
Mycie okien – drobiazg. Podłogi – da się znieść. Ale odklejanie grzyba z sufitu było czymś okropnym. Aby osłodzić sobie nieco tę gorycz, Mała wdała się w rozmowę z Kocicą.
- Kocico, ile ty tak naprawdę masz lat?
- A co cię to obchodzi? – odpowiedziała opryskliwie Wiedźma, a ton jej wypowiedzi dawał Małej wyraźnie do zrozumienia, że na więcej liczyć nie może.
Kocica wzięła z taniej, sosnowej komody wtarganej przez otumanionych dresiarzy tego ranka, pod nieobecność Małej, swojego iPoda Touch, o jakim adeptka mogła tylko pomarzyć. Jak zwykle włączyła losowe odtwarzanie. To jeszcze jedna fajna cecha Wiedźm – zawsze wybierało się coś odpowiedniego.
Były dwie siostry: noc i śmierć
Śmierć większa a noc mniejsza
Noc była piękna jak sen, a śmierć
Śmierć była jeszcze piękniejsza
I tylko ten właśnie, a nie inny wybór podpowiedział Małej, że Kocica popadła w swoją comiesięczną melancholię niezwiązaną z żadnymi czynnikami zewnętrznymi: po prostu raz na cztery tygodnie Wiedźma musiała chwilę pobyć sama ze sobą i powspominać coś, o czym Stara, o samej Kocicy nie wspominając, nigdy się nie zająknęła. „Ballada o dwóch siostrach” zawsze jej w tych rozmyślaniach towarzyszyła.
* * *
Gdyby słońce naprawdę nosiło okulary przeciwsłoneczne, popijało colę i spoglądało na świat z szelmowskim uśmiechem, nie poznałoby następnego ranka mieszkania. Jego pierwsze promienie nieśmiało, żeby przypadkiem nie zbudzić Wiedźm, zajrzały do sypialni i ulokowały się na zamkniętych powiekach Małej. Ale nawet zawodzenia kotów nie były w stanie zbudzić Adeli, która po całym dniu mycia, zamiatania, odkurzania i biegania na każde zawołanie którejś z Wiedźm, była umęczona do granic możliwości. O fizycznym wyczerpaniu nie wspominając. I dopiero szturchnięcie w żebra przez Starą przekonało ją do podniesienia się z łóżka. W porównaniu ze słodkim światem snu, w którym Mała depilowała ramiona Kocicy pęsetą bez zgody samej Kocicy, stare mieszkanie na Pradze wydawało się okrutnie dosłowne. Czarnowłosa Wiedźma robiła dziwne gesty rękami, stojąc przy drzwiach. Zasadności tego etapu rzucania zaklęć Mała nigdy nie pojęła, ale wiedziała, że jest on absolutnie niezbędny. W ogóle mało wiedziała. Tylko czasami czuła, że jest blisko, ale nie może do końca pojąć tego wszystkiego. Czegoś brakowało, a Wiedźmy zdecydowanie wolały trzymać podopieczną w niewiedzy. Gdyby tylko wiedziały, w jakich okolicznościach przyjdzie jej dowiedzieć się więcej, zapewne nie trzymałyby niczego dla siebie.