Kanały:
Wpisy
Komentarze

Lama.

Uff… długo nie pisałam. A to dlatego, że absurdalnie, wydarzyło się sporo. Czasu nie miałam, więc najważniejsze w skrócie. A na końcu obiecuję wyjaśnić, skąd ten enigmatyczny tytuł.

Zacznijmy od koncertu. Otóż do Warszawy przyjechał dobrze nam już znany i jakże lubiany zespół Apocalyptica. I zagrali w klubie Stodoła. Tak, że przez bite dwie godziny skakałam, wyłam, śpiewałam, wrzeszczałam i machałam licznymi częściami ciała. Wyszłam zupełnie mokra, a dodatku biała guma moich trampek przybrała kolor brudnego śniegu. Bardzo brudnego śniegu. Nie ma co opowiadać, bossko było.

Dalej. Cóż, Wielkanoc była po drodze. Była, nażarłam się, po czym bezczelnie się skończyła. I przeszłam na dietę. Schudłam nawet 1 kg, co nie oznacza, że już tego nie odzyskałam. Obawiam się, iż z nawiązką. Ajajaj. Czeka mnie życie pełne kompleksów na punkcie niemożności wciśnięcia ud w spodnie rurki.

Tak w ogóle to piszę już na dobre moje opowiadanie na konkurs Horyzonty Wyobraźni. I coraz bardziej lubię moją szkołę. Rozwija mnie aktorsko. W projekcie na polski gram nieszczęśliwie zakochaną lesbijkę. Byłam także dyktatorem i miłosiernym kościelnym, co mówi wierszem. Spotkanie z Koleżankami zaowocowało bardzo dobrym nastrojem i poszerzeniem horyzontów kulturalnych – w końcu Constantine i dwie komedie, których tytułów nawet nie pamiętam, to nie byle co.

Cierpię. Po raz pierwszy odczułam na własnej skórze kryzys. Starzy uznali, że nie mają kasy, żebym mogła pojechać na szkolną wycieczkę do Londynu. Z ulubioną nauczycielką i w fajnym towarzystwie. Cierpię nawet bardziej, niż się przed sobą przyznaję. Jestem zepsutą dziewczynką z dobrego domu, pieniędzy zawsze wystarczało. A teraz zamiast na tydzień do stolicy Zjednoczonego Królestwa jadę na 3-tygodniowy obóz językowy do Schwarzwaldu. A ja nawet nie lubię tortu Black Forest!

Wyjaśnienie zagadki. Otóż w Constantine występuje (nie w moim typie, ale mimo wszystko BOSSKI) Keanu Reeves. I propozycją na następne dzieło kinematografii był film Mały Budda, gdzie jakiś chłopiec miał być reinkarnacją lamy. Wraz z niejaką A. przez 15 minut tarzałyśmy się po podłodze.

Wiosna

Wszem i wobec ogłaszam, iż do pięknego (dziś) miasta Warszawa zawitała Wiosna. Z tej okazji spontanicznie odbyły się liczne parady – ludzie wylegli na ulice w lekkich płaszczach i kurtkach (niektórzy nawet bez), na rowerach lub bez nich i śmiali się. Nieco szaleńczy to śmiech, lecz napełniający optymizmem. Wraz z pogodnym ćwierkaniem mądrych ptaków stworzył unikalny podkład muzyczny dla parad. Słońce świeciło i świecić będzie jeszcze dnie całe. Cieszmy się. Maturzyści zabierają nauczycielom ich cenny czas, przez co dla nas nie pozostaje go wiele. Brawo, maturzyści! Nie spieszcie się i dajcie nam odczuć wiosnę!

Po tym jakże miłym wstępie, przejdźmy do rzeczy. Otóż gdy za oknem wszystko się weseli, niełatwo jest usiedzieć w klasie, w której budowę węglowodorów nauczyciel (fan “kuci-kuci” futerka przy bluzie K.) tłumaczy na przykładzie biustu w zbyt obcisłym staniku. Cóż, nie mój case. Swoją drogą, wiecie, że białe ciałka krwi obmacują i chadzają na randki z bakteriami i wirusami (patrz: Shigella)? To już pan Kocyk i jego poetyckie alegorie układu immunologicznego. Tak jakoś nikt nie ma czasu zrobić nam testów, czy kartkówek. Z wyjątkiem Stonki, ale to już terminator. Wniosek z tego płynie, iż matury powinny odbywać się co najmniej dwa razy do roku!

Nie mogę już usiedzieć na tyłku. Za bardzo mnie nosi, więc post skonstatuję dwoma twierdzeniami.
Twierdzenie numer 1. Znalazłam muzykę na wiosnę. Pogodna, ale nie łagodna. Czasem idylliczna, a czasem psychodeliczna. A w dodatku nie tylko moja. Amelia.
Twierdzenie numer 2. Zapomniałam. A, nie. Zabieram się za tworzenie opowiadania na Pewien Konkurs Literacki. Jakby ktoś miał pomysł na nazwę wyspy, proszę o kontakt pod numerem telefonu ***. Ciao!

Lubię latać samolotami sama. Nie dla samego latania, bo to już mi się dawno znudziło. Nie dla jakiegoś urozmaicenia, bo do tego nie muszę opuszczać powierzchni naszej planety. Otóż moje problemy i czarne myśli są zbyt ciężkie, żeby oderwać się od ziemi. Zostają gdzieś na płycie lotniska i pędem biegną, żeby dorwać mnie z chwilą wyjścia z samolotu. Jednak nie tak szybko. Najpierw czekają mnie dwie godziny niczym nie zakłóconego spokoju i samotności. Z książką lub kolorową gazetą o bzdurach. Laptopem albo iPodem. Żaden zbliżający się termin poprawy sprawdzianu z hydrologii nie może mi tego zakłócić. Sprawdzian mija właśnie granicę niemiecko-belgijską razem z budzikiem nastawionym na 5:45 i spóźniającymi się pociągami. A, zapomniałabym o lekkiej tęsknocie za pozostawioną rodziną. Ale nie, to wszystko zasuwa gdzieś w dole. Mnie nic takiego do głowy nie przychodzi.
Pływanie też lubię. Takie do do bólu wyczerpujące. Góra i dół. Nad wodą i pod. Szum i głucha cisza. Tym razem niedobre myśli są ze mną. Ale wpadam w rytm, góra, dół, góra, dół… mantra. Szum, cisza, szum, cisza. Dwa baseny i zmęczona. Cztery i już łatwiej. Dwadzieścia bez problemu. Czterdziestego nie zauważam. Czterdzieści cztery i muszę wychodzić, czas najwyższy. Jak bardzo się zmęczyłam czuję dopiero, gdy próbuję unieść ręce, żeby umyć włosy. Kosztuje mnie to znacznie więcej wysiłku, niż przepłynięcie następnego kilometra. Ale niestety razem ze zmęczeniem powraca zdolność myślenia o wszystkim, zamiast o niczym. Ech…

Na koniec coś lżejszego, a więc o moich feriach. Spędziłam je kultywując nową, prywatną i personalną wersję hasła sex, drugs & rock n’roll. Zamiast sex – biała kartka, a dokładnie ekran laptopa. I wena twórcza napadająca mnie dosyć znienacka. Drugs zastąpione przez niezastąpioną kawę z białego, nowiutkiego ekspresu, który jestem w stanie sama używać i niczego nie zepsuć! A rock n’roll? Cóż, zawsze jest taki sam.

Wiadomość z ostatniej chwili, czyli wczoraj: Rafael Nadal ograł Federera w finale Australian Open. Taak!

Święta w city

Otóż właśnie. Kontrowersyjna sprawa z tymi Świętami. Bo komercha, wydawanie pieniędzy i przesłodzone kolędy sączące się z głośników w Auchan. I na dodatek śniegu brak, tak samo jak atmosfery. Ano. Nie sposób się nie zgodzić. Ale je lubię Święta. Wielbię i kocham Boże Narodzenie. A to dlatego, iż innych Świąt, to znaczy, tych uduchowionych i w ogóle, nie znam. Od kiedy pamiętam były kolędy Edyty Górniak dołączane do gazet (i tylko ich tytuły się czasem zmieniają), kolorowe światełka i Kevin sam w domu. I rodzina. Bo ja mam to szczęście, że nie siedzę sama z choinką i uchlanymi starymi, ale jem wigilijną kolację z fragmentem mojej rozbitej (ale wesołej) rodziny. Takie ciepłe refleksje naszły mnie dnia dzisiejszego, o czym chciałabym pokrótce opowiedzieć.
Choinka na Placu Zamkowym jest zdecydowanie sztuczna. I nawet nie pretenduje do miana prawdziwej, bo po co? Ładnie wygląda, taka cała zrobiona z neonów i innych lampek, gdy się świeci. A niedaleko Placu Zamkowego jest Coffee Heaven. Że niby lanserska kawiarnia? Dla mnie mekka, do której zmierzam przy każdej wizycie w centrum lub okolicach. Mają wspaniałą kawę z cynamonem i eggnogiem. Chociaż słodkawa, absolutnie wspaniała. Do tego wnętrze w stylu art deco. Zdjęcia przedwojennej Warszawy, drewniane, opływowe meble i przyjemna dla ucha muzyka sącząca się z głośników. Książka “Rok 1984″ – wreszcie na ukończeniu – może niezbyt wesoła i optymistyczna, ale za to fascynująca. W perspektywie wycieczka do sklepu Fiu Fiu z pięknymi ciuchami skandynawskich marek, potem spotkanie z Przyjaciółką w niejakiej mekce konsumpcjonizmu Złotych Tarasach, a dnia następnego wylot do Ojca. I Wigilia, i pasterka, i narty. W nowej bluzce, za którą mocno przepłaciłam, ale nie powinna za to zniszczyć się po trzech praniach. Siedzę pod przystrojoną (niestety, już niepachnącą) choinką, z piosenką z ulubionego filmu świątecznego (“Love Actually”) w uszach i uśmiechem na ustach. Bo pojutrze Wigilia, mój ukochany dzień w roku. Mimo, że strasznie skomercjalizowany. Tylko, że ja jestem dzieckiem wyrośniętym w tak zwanym consumer society i innych Świąt sobie nie wyobrażam. Innych, niż te z kolędami Edyty Górniak – w moim wypadku Preisnera, kawą cynamonową i kolorowymi światełkami w sklepach.

Dziś, dnia dziesiątego grudnia roku Pańskiego dwa tysiące ósmego na lekcji fizyki wydarzyło się coś niezwykłego. Jest to druga tak niesamowita rzecz w moim życiu, co ciekawe, pierwsza również nieodłącznie związana jest z tym przedmiotem. Otóż z poprawy testu z wektorów i podstaw fizyki otrzymałam ocenę bardzo dobrą (tak zwane bdb lub po prostu 5!). A że szanowny pan Zielicz wstawił tylko lepsze oceny, w tej chwili przedmiotami, z których oceny mam najlepsze są: angielski i fizyka. Ha-ha-ha.
Teraz może o jakże bliskich już świętach i mojej w związku z tym nowo rozbudzonej świętości. W poniedziałek spędziłam w kościele 2,5 h, niemal z własnej woli uczestnicząc w święceniu nowego budynku kościoła w mojej parafii. Niemal, bo właściwie nie musiałam iść, ale będzie to mile widziane w indeksie do bierzmowania. Ładna była oprawa muzyczna bardzo, śpiewaczka wyczepiście śpiewała Ave Maria i zostałam doszczętnie zakadzona kadzidłem (“Niech piękny zapach tego kadzidła napełni kościół”). Ale ja tam już czuję nadchodzące Boże Narodzenie, pod nosem wyśpiewuję kolędy i przez pełne sprawdzianów dni przechodzę raczej niewzruszona zagrożeniem z matematyki. Ubieranie choinki very, very soon.
Zawaliłam popołudnie. To tak a propos niewzruszenia – jutro mam dwa trudne sprawdziany (geografia, niemiecki, w obu przypadkach ocena semestralna łamana), a zamiast ślęczeć nad książkami wolałam iść do Megastore’u na podpisywanie nowej płyty Kazika. I jestem dumna z mojej decyzji i determinacji. Mam zajefajną płytę z dedykacją i plakat dla Ojca, też z dedykacją, tylko dla niego. Może osłodzi mu to wieść, iż matematyka, królowa nauk, jest moją achillesową piętą najwyraźniej.

Opowiadanie III

W czasie szorowania skrzypiącej podłogi mieszaniną Ajaxu i spirytusu (etylen dobry na wszystko!), miała wiele czasu na przemyślenia. Od tylu miesięcy nie miała ani jednaj okazji, żeby zastanowić się głębiej nad swoją obecną sytuacją i jej przyczynami. A przyczyna była jedna: niezależność dwu Wiedźm. Przez przypadek stała się świadkiem przedziwnej sceny rozegranej w stołecznym Parku Łazienkowskim.

Między drzewami uciekały dwie kobiety w staromodnych sukniach, klnąc jednak dosyć współcześnie i co chwila oglądając się przez ramię. W krótkich, może 10-sekundowych odstępach czasu powietrze przecinały kolorowe nitki światła, niemal niewidoczne, raz lecące w stronę uciekających, raz od nich. Ścigający je ludzie mieli na sobie szare garnitury (w przypadku mężczyzn) lub szare garsonki z szarymi spódnicami (u kobiet w liczbie trzy). Wszyscy zaś w wyciągniętych rękach trzymali gęsie, długie pióra i to one wyzwalały nitki światła goniące dwie kobiety. Nieświadoma powagi sytuacji Mała, wtedy jeszcze zwana Adelą lub też Adą, zaśmiała się w głos zwracając uwagę zarówno pogoni, jak i uciekających. Te stały znacznie bliżej, więc och rozmowę Adela usłyszała wyraźniej.

- Ona nie powinna tego widzieć! – szepnęła przejęta szatynka, chyba młodsza

- A jeśli ona jest jak my? – spytała samą siebie druga, farbowana ruda z lekkimi przebłyskami siwizny – Jeśli nawet, to młoda zapewne… Ej, mała! Chodźże tu!

- A zostaw ją na pożarcie Szarym i spieprzajmy! – szepnęła gorączkowo szatynka, ale Adela już szła w ich stronę odprowadzana przez zaskoczone spojrzenia oniemiałych ludzi w szarościach.

- Kim je…

- Nie czas na pogaduszki! – krzyknęła młodsza i uchyliła się przed brunatną, ledwo widoczną w powietrzu nitką, w zamian śląc soczystą porcję przekleństw

Wszystkie trzy ruszyły z miejsca. Wyczulony na odgłosy miasta słuch Adeli zarejestrował szum nadjeżdżającego autobusu linii 161. Poprowadziła towarzyszki na przystanek i w ostatniej chwili wskoczyły do pojazdu. Nie oglądając się na wściekłych szarych, wtopiły się w tłum, co łatwe nie było, bowiem dwie kobiety miały stroje jak z filmów kostiumowych. Autobus popędził w stronę Kabat.

- Kim je… – pierwsze, najistotniejsze pytanie Adeli przerwał przeciągły pisk blokowanych kasowników

- Bileciki do kontroli! – chóralny głos trójki kanarów miał niezwykle złośliwe zabarwienie wywołane wyraźną paniką na twarzach pasażerów

- Poproszę pani bilecik. – tleniona blondynka, lat około 50 zwróciła się do Adeli. I dziewczyna byłaby jej podała swoją naładowaną Warszawską Kartę Miejską (jak to dobrze, że wczoraj ruszyła tyłek z sofy i poszła do kiosku!), gdyby inny kontroler, jakże niefortunnie, nie zwrócił się z pytaniem do młodszej z nieznajomych.

- Wypchaj się pan!

- Proszę pani, jeśli nie ma pani ważnego biletu, będę zmuszony, żeby wypisać pani mandat. Choć wcale nie sprawi mi to przyjemności. – dorzucił niezdarnie siląc się na galanterię. Tego było kobiecie zbyt wiele. Jej czarne włosy uniosły się lekko naelektryzowane, a oczy rozbłysły. Ludzie z przestrachem przyglądali się, jak wyraz twarzy kanara staje się coraz bardziej zagubiony, nieobecny. Gdy autobus zatrzymał się na przystanku, kobieta wypchnęła go za drzwi i miał szczęście, że pojazd był z gatunku niskopodłogowych. Do pozostałej dwójki krzyknęła:

- Wypier… – ostrzegawcze spojrzenie starszej – …papier mi stąd!

Pasażerowie nagrodzili ją gromkimi oklaskami, a reszta podróży przebiegła spokojnie.

Mycie okien – drobiazg. Podłogi – da się znieść. Ale odklejanie grzyba z sufitu było czymś okropnym. Aby osłodzić sobie nieco tę gorycz, Mała wdała się w rozmowę z Kocicą.

- Kocico, ile ty tak naprawdę masz lat?

- A co cię to obchodzi? – odpowiedziała opryskliwie Wiedźma, a ton jej wypowiedzi dawał Małej wyraźnie do zrozumienia, że na więcej liczyć nie może.

Kocica wzięła z taniej, sosnowej komody wtarganej przez otumanionych dresiarzy tego ranka, pod nieobecność Małej, swojego iPoda Touch, o jakim adeptka mogła tylko pomarzyć. Jak zwykle włączyła losowe odtwarzanie. To jeszcze jedna fajna cecha Wiedźm – zawsze wybierało się coś odpowiedniego.

Były dwie siostry: noc i śmierć
Śmierć większa a noc mniejsza
Noc była piękna jak sen, a śmierć
Śmierć była jeszcze piękniejsza

I tylko ten właśnie, a nie inny wybór podpowiedział Małej, że Kocica popadła w swoją comiesięczną melancholię niezwiązaną z żadnymi czynnikami zewnętrznymi: po prostu raz na cztery tygodnie Wiedźma musiała chwilę pobyć sama ze sobą i powspominać coś, o czym Stara, o samej Kocicy nie wspominając, nigdy się nie zająknęła. „Ballada o dwóch siostrach” zawsze jej w tych rozmyślaniach towarzyszyła.

* * *

Gdyby słońce naprawdę nosiło okulary przeciwsłoneczne, popijało colę i spoglądało na świat z szelmowskim uśmiechem, nie poznałoby następnego ranka mieszkania. Jego pierwsze promienie nieśmiało, żeby przypadkiem nie zbudzić Wiedźm, zajrzały do sypialni i ulokowały się na zamkniętych powiekach Małej. Ale nawet zawodzenia kotów nie były w stanie zbudzić Adeli, która po całym dniu mycia, zamiatania, odkurzania i biegania na każde zawołanie którejś z Wiedźm, była umęczona do granic możliwości. O fizycznym wyczerpaniu nie wspominając. I dopiero szturchnięcie w żebra przez Starą przekonało ją do podniesienia się z łóżka. W porównaniu ze słodkim światem snu, w którym Mała depilowała ramiona Kocicy pęsetą bez zgody samej Kocicy, stare mieszkanie na Pradze wydawało się okrutnie dosłowne. Czarnowłosa Wiedźma robiła dziwne gesty rękami, stojąc przy drzwiach. Zasadności tego etapu rzucania zaklęć Mała nigdy nie pojęła, ale wiedziała, że jest on absolutnie niezbędny. W ogóle mało wiedziała. Tylko czasami czuła, że jest blisko, ale nie może do końca pojąć tego wszystkiego. Czegoś brakowało, a Wiedźmy zdecydowanie wolały trzymać podopieczną w niewiedzy. Gdyby tylko wiedziały, w jakich okolicznościach przyjdzie jej dowiedzieć się więcej, zapewne nie trzymałyby niczego dla siebie.

Opowiadanie II

Przed snem Kocica nie omieszkała nadać sypialni indywidualnego rysu. Ku wyraźnemu niezadowoleniu Starej, wyjęła z torby album z erotycznymi freskami na przestrzeni dziejów, po czym przekopiowała kilka ze swoich ulubionych na sufit i ciężko zwaliła się na łóżko. Mebel niebezpiecznie jęknął, zaskrzypiał, ale i on wolał nie denerwować Wiedźmy. Stara kilka minut wcześniej rzuciła na lekko zmurszały materac kilka zaklęć odkażających, prześcieradło w kolorze szkarłatu, czarne poduszki, bordowe jaśki i ciężką, puchową kołdrę w czarno-czerwonej poszewce. Wiedźmy nigdy nie wierzyły w uspokajającą magię kolorów pastelowych.

Na pograniczu jawy i snu, Mała wyobrażała sobie różne zmyślne metody uprzykrzenia Kocicy życia, które niezwłocznie wprowadziłaby w życie, gdyby nie to, że Kocica była Wiedźmą z prawdziwego zdarzenia. A więc ona, mimo 20-centymetrowej przewagi wzrostu, mogła ją najwyżej dźgnąć między łopatki jakimś kijem wystarczająco długim, żeby zdążyła schować się, nim jedno z zaklęć ją dosięgnie. Z tą optymistyczną myślą, Mała zasnęła próbując nie dać się zepchnąć brutalnej Kocicy, które zaanektowała lwią część łóżka nie pozostawiając wiele miejsca nawet Starej.

Przebudzenie nie było zbyt przyjemne. Po raz kolejny przypomniało adeptce, dlaczego Kocicę nazywają właśnie tak, a nie inaczej. Około siódmej na łóżko wpełzło pięć kotów i wtuliło się w burzę czarnych włosów rozsądnie nie dotykając Starej, za to zupełnie ignorując Małą. Chociaż nie, przecież dobrego drapaka się nie ignoruje , tylko nonszalancko korzysta z jego przymiotów.

- Auć! – pisnęła Mała, gdy szary dachowiec przejechał pazurem po jej ramieniu

- Co się drzesz? – warknęła Kocica – Jeszcze je wystraszysz!

- Bez nerwów, siostro. – wtrąciła się Stara – Czas wstawać. Ja założę Dzienną Ochronę, ty wygoń te paskudy, a Mała niech zrobi śniadanie.

- Z czego? – prychnęła dziewczyna z łazienki, gdzie czystym spirytusem przemywała liczne zadrapania. Przecież adeptka dwóch Wiedźm nie będzie zniżać się do poziomu zwykłych śmiertelników, którzy używają wody utlenionej!

- Dostałaś wczoraj pieniądze! – wykrzyknęła Kocica

- Kocico, inflacja. Może w zamierzchłych czasach, to znaczy, twojej młodości, 15 złoty wystarczyłoby na środki czystości i posiłek dla całej rodziny. Ale mamy XXI wiek. Mogłaś nie zauważyć, w końcu latka lecą!

Wiedźma niechybnie posłałaby Małą w niebyt, gdyby nie surowe spojrzenie Starej. Zdławiła więc gniew i podeszła do szafy. Wyjęła z niej cielisty gorset (pozostałości po dawnych czasach), figi i – jakżeby inaczej – czarną sukienkę. Ale tego dnia skromną, przecież miały cały dzień sprzątać. A raczej nadzorować Małą, której została już tylko jedna sypialnie, toaleta i salon. Co to dla wiedźmy! Ale najpierw musiała wydusić ze Starej pieniądze, pobiec do sklepu, zrobić zakupy, z zakupionych produktów wykombinować śniadania i z zaciśniętymi zębami wysłuchać, że:

a) mało

b) niedobre

c) długo czekały

d) i dlaczego ona jeszcze nie wzięła się za salon?!

Z godnym starożytnych filozofów stoicyzmem przyjęła też zdziwienie Kocicy na wieść, że nie przyniosła reszty z hojnie danych jej 20 złotych. Mała odpuściła sobie nawet uwagi na temat wieku i staromodności Wiedźmy, bo z zaskoczeniem dojrzała, iż przestają ją satysfakcjonować.

* * *

- Tylko pospiesz się, człowieku. Mogę dać ci godzinę od chwili, gdy wyślę ci wiadomość, nie więcej. Masz po prostu pochodzić chwilę. Poczekać, aż zostaniesz zauważony przez piękną, ciemnowłosą kobietę albo nieco starszą, rudą. Jest jeszcze dziewczyna, młodziutka blondynka. Ale na nią nie zwracaj uwagi. Czekaj, aż zobaczysz rudą albo szatynkę.

- Kim one są?

- Nieważne. Nie będziesz zadawał pytań, człowieku. Nie będziesz.

Mężczyźnie w czerwonej, dzianinowej czapce natychmiast odechciało się pytać. Jakby wszystkie myśli błyskawicznie wyparowały z jego głowy. Wzruszył ramionami, nawet specjalnie się nie dziwiąc. Instynktownie czuł do faceta sympatię, chociaż ten był trochę dziwny. I zwracał się do niego per „człowieku”. Psychol jakiś? Może. Żeby wszyscy psychole tacy byli. Posłusznie skłonił się dziwnemu człowiekowi i wyszedł nie oglądając się za siebie.

Lintharia

Moje także MMORPG play by forum. Ładne, ale potrzebuje rozruchu. Proszę wchodzić i ładnie się zachowywać.

Something quite strange…

…czyli opowiadanie urban fantasy zainspirowane twórczością Sergieja Łukjanienki. A właściwie fragment napisanego na razie początku.

- To tutaj – z tryumfem obwieściła Kocica rozkładając ręce – Wspaniałe miejsce, nieprawdaż?

Stara beznamiętnym wzrokiem zlustrowała pomieszczenie. które jej siostra znalazła i łaskawie powstrzymała się od jakichkolwiek komentarzy. nie miała serca psuć Kocicy nastroju, przecież nie oszczędziłaby wtedy biednej Małej. Lecz o ile Stara mogła milczeć do woli, od Małej oczekiwano bardziej żywiołowej reakcji.

- Ach! Tu jest tak… No, jak posprzątamy, to będzie bardzo wygodnie! – nadmiernie entuzjastycznie powiedziała dziewczyna

- Posprząta…my? – z ironicznym uśmiechem odparła Kocica – Faktycznie, trochę tu brudno. Ale to się świetnie składa, przecież ty uwielbiasz sprzątać!

wiedźma od bez mała 3 miesięcy bezlitośnie wypominała Małej drobne zdarzenie z dnia, właściwie nocy, kiedy dziewczyna wróciła do domu po imprezie u znajomych. Nie tracąc czasu na zbędne powitania, zanurzyła głowę w klozecie przy swojej sypialni. Ledwo dychającą znalazła ją Kocica. Na zadane pro forma pytanie, co ona, do cholery wyprawia, Mała odpowiedziała, a właściwie wybełkotała, że sprząta muszlę klozetową. Gdy wiedźma z uśmiechem zapytała po co, dziewczyna odburknęła, że poczuła przemożną chęć.

Kim one są i co tu robię? – zastanawiały się szczory pospiesznie opuszczając mieszkanie. Otóż w niewielkim i niemiłosiernie brudnym pomieszczeniu stały dwie Wiedźmy oraz Mała. O ile pomiędzy Starą i Małą wytworzył się rodzaj zdrowej więzi, która pojawić się może między surową mentorką a podopieczną, o tyle dla Kocicy Mała była niczym więcej, jak grudką niechcianego cellulitu na lewym udzie. Zresztą, porównanie czysto hipotetyczne, bowiem Kocica cellulit znała tylko z bajek, jakie reklamodawcy wciskają potencjalnym konsumentkom. Przypałętała się podczas, gdy dwie siostry salwowały się ucieczką przez Łazienki i widziała tyle, że Stara nie pozwoliła jej odejść. Z nudów zaczęła ją uczyć prostszych sztuczek, a entuzjazm młodej adeptki zachęcał ją do dalszych lekcji. Zaś Kocica tylko z szacunki i sympatii do Starej nie wyrzuciła jeszcze dziewczyny na zbity pysk, choć, w jej mniemaniu, wielokrotnie byłoby to jak najbardziej zasadne.

Mała błagalnie popatrzyła na Starą, ale ta tylko lakonicznie dodała:

- Jakbyś potrzebowała środków czystości, możesz iść do sklapu. W Różowcu jest sklep z chemią.

Adeptka jęknęła i powlokła się do wyjścia, wcześniej przyjmując 15 zł od Kocicy. Za takie pieniądze to ona chyba wodę z octem kupi. Bo na zestaw trzech Cilitów to raczje nie wystarczy…

W tak zapuszczonym miejsci porządki wydawały się bezzasadne. Do czasu, gdy zabierała się za nie wiedźma. Nawet tak młoda jak Mała, szczególnie, gdy była poganiana przez nerwową Kocicę. Na Ajax do wszystkiego i Cif do reszty wystarczyło, toteż przedpokój już po kilkunastu minutach wyglądał co najmniej przyzwoicie. Do końca dnia uwagi doczekała się też kuchnia, łazienka i jedna sypialnia. I tak właśnie dwie Wiedźmy wraz z młodą adeptką stały się mieszkankai 100-metrowego mieszkania przy Dobrowoja, Praga.

Ciąg dalszy nastąpi być może. A może nie.

Can you enjoy the silence?

Words like violence
Break the silence
Come crashing in
Into my little world
Painful to me
Pierce right through me
Can’t you understand
Oh, my little girl

Poniedziałek, trzecia lekcja, test z niemieckiego. Odkrywam, jak piękne są słowa.

Przed każdą kolejną lekcją szczękam zębami, mam drescze i zalewa mnie zimny pot. Dosłownie. A teraz… teraz jeszcze test? Z zaimka? Och, przecież ja nie wiem, co powiedzieć na lekcjach, co dopiero test! Nauczycielka rozsadza nas, a że mamy pojedyncze krzesła ze stolikami, każdy siediz osobno. Mi wypada miejsce przodem do szady, obok kaloryfera i okna. Idealnie. Ciepło, ale nie duszno. Biorę głęboki wdech, już się nie denerwuję. Czego? Tu jest kartka, na niej słowa. I ja, i moja wiedza lub intuicja. Dużo przykładów, ale się nie spieszę. Każde zdanie wypełniam wolno, wyraźnie. I tak zdążę, jeszcze dużo czasu. Jest mi dobrze. Tylko ja, kartka i cisza absolutna przerywana jedynie cichymi westchnięciami. Jak to jest, że mogłabym tak spędzić jeszcze wiele godzin siedząc, wypełniając sprawdzian z dłońmi na wyokości kaloryfera, a twarzą przy uchylonym oknie? Ja i biała kartka.

Wolność. A co ja mogę o wolności wiedzieć? Na pewno wolna nie czują się siedząc w ławce, opierając o ścianę i próbując nie zasnąć, o słuchaniu wykładu na temat kultury Mezopotamii nie wspominając. A wolna jestem, gdy wieje. Są chmury, jest nie za ciepło, ale jeszcze nie zimno. I nikt nie zwraca uwagi na to, że moje włosy przypominają strzechę, jak nimi potrząsnąć. Wiatr rozwiewa poły mojego płaszcza, wciska mi szalik w ludowy wzór na twarz. W ręku książka będące pochwałą książek i pisarzy. Gdzieś, w odległej przyszłości majaczy praca domowa, ale co to jest? Mogę niemal wszystko, tylko nie unieść się wysoko, nad drzewa z liśćmi w pięknych, ciepłych kolorach. Nad znienawidzone roboty przy stacji kolejowej, bo muszę przez nie zasuwać dodatkowe 200 metrów, żeby przejść przez tory. I zniknąć między stronicami, napotkać kuglarską brać i usłyszeć szepczący tam ogień. Ach, słowa!

Ja i pusta kartka. Ale teraz w zaciszu domu, wiatr szaleje za oknem, a ja wpatruję się, jak przygina do ziemi młode brzózki rosnące pod płotem. I nieważme, czy to kolejne wypracowanie, czy może opowiadanie, którego i tak nikomu nie pokażę. Słowa spływają same, odpowiednia muzyka, która zawsze się zjawia niemal sama wspira mnie dzielnie. Palce nauczyły się podążać za myślami, nawet tak często nie gubię się we własnych romyślaniach. A jeśli zdarzy się, że nagle ocknę się i nie będę wiedziała, gdzie skończyłam, to świetna okazja, by poprawić wszędobylskie literówki. Inaczej, oczywiście, rzecz ma się z długopisem i zeszytem. Tam też powstają teksty i tylko z nielicznych jestem na tyle zadowolona, by obwieścić światu ich powstanie. A jeśli już coś takiego zrobię, nic nie gwarantuje, że zaraz nie wyrwę kartek i nie wrzucę do kosza. Wczoraj brutalnym naciśnięciem klawisza Delete zniszczyłam kiepski zalążek powieści o antypatycznych bohaterach świata będącego kalką tych, o których aktualnie czytałam. Co zdanie, to gorsze. I bez żalu pozbyłam się tych cholernych 70 stron A4. A jak mi z tym dobrze! Bo słowa są dobre, ale ich brak czasem bywa znacznie przyjemniejszy.

Starsze wpisy »